poniedziałek, 2 marca 2015

idée fixe



    Idée fixe. Tak mi dzisiaj wpadł ten zwrot, ze słownika Kopalińskiego, który przeglądałam by znaleźć trochę inspiracji do licencjatu. Tak, tak, trochę dzisiaj nad tym siedziałam. Stać mnie jednak na więcej…
    Co jest moją idee fixe? Miłość. Ostatnio nawet zrobiłam zdjęcie naleśnika. Dlaczego? Bo pojawiło się na nim serduszko. Oczywiście naleśnik się rozwalił po zdjęciu z patelni – czy to z powodu moich zdolności kulinarnych czy też po to, by coś mi przekazać – tego nie jestem pewna.
    Nie wiem w co mam wierzyć. W ojczyznę? Ta miłość spłonęła wraz ze sklepem. W Boga? Tego, który pozwolił na taką krzywdę? W rodzinę? Ta dalsza w większości dla mnie nie istnieje. Rodzice, rodzeństwo – to jest ważne, ale jakim kosztem? Czemu choć raz nie może być ide.. Nie, nie idealnie. Zwyczajnie. Pracowicie, ale żeby było widać efekty pracy, żeby zależało, żeby nie było nerwówki. W przyjaciół? Kumpelki, które wiecznie czegoś oczekują, ale niczego nie dają w zamian?
    A miłość? Co z miłością? Wspomnienie pana p. od siebie odrzucam. Miłość to jedyna rzecz, której nie zaznałam. W głębi duszy chciałabym znaleźć Kogoś. Tą jedną, jedyną osobę na całe życie. Przeżyć razem te 40 czy ileś lat. Być z kimś ze względu na wszystko i bez względu na wszystko. Wiem jednak, że nie ma gwarancji. Tyle teraz osób w moim wieku – żeni się, wychodzi za mąż – cóż, głównie ze względu na zaciążenie. Ale ile takich par przetrwa? Naprawdę jestem ogromnie ciekawa czy za te 10, 15 lat oni wciąż będą razem. Zresztą czy ślub po 30 daje większą gwarancję na dłuższe trwanie? Wszystkim życzę szczęścia. Ale co ze mną?
    Wspominałam ostatnio jedną scenę, tak w kółko ją sobie analizowałam.  Ze swojego „randkowania” z panem p. Gdy byliśmy w kinie powiedział do mnie – „Czy to nie fajnie, że tak siedzę sobie z chłopakiem w kinie, i że trzymamy się za ręce, czy nie tego chciałam, czy nie tak to sobie wyobrażałam”. Aż mi żółć do gardła podchodzi. Więc co, robił to, bo myślał, że spełnia moje oczekiwania? Że robi łaskę, bym się jakoś lepiej inaczej poczuła? Nie jestem cholernym szczeniakiem, którym się trzeba zaopiekować i to okropnie nieudolnie w tym wydaniu. Trzymanie za ręce powinno być naturalne. Wychodzić tak samo z siebie. Nawet wyszło to ostatnio w rozmowie z A. i S. na uczelni. A. narzekała, że jej chłopak, po wyjściu z kina („50 twarzy Greya” – jeszcze nie widziałam, niedługo nadrobię), nie złapał jej za rękę, nie przygarnął do siebie, gdy wszyscy wokół byli tacy ostentacyjnie  sparowani... Ona zna swojego narzeczonego 7 lat, więc wie, że on po prostu tego nie lubi – pocą mu się dłonie, itede.  Cóż, rozumiem oczywiście tę potrzebę. Wydaje mi się jednak, że ta moja sytuacja była zdecydowanie gorsza. Kto tak robi? Jak można było tak powiedzieć?
    Mama czasem się pyta czy on się odzywa. Nie odzywa się. Wchodzę czasem na jego fb (nie mam go w znajomych). Ma zajebiste zdjęcie wystylizowane na mema „Bitch, Im fabulous”. Bądź sobie fabulous. Czy chciałabym by się do mnie odezwał? Sama nie wiem. Co by mi miał powiedzieć? Był i jak widać wciąż jest, mistrzem milczenia. Może dobrze, że tak szybko mu się znudziłam. Bo im dłużej by to trwało, tym dłużej bym cierpiała. Zresztą, wciąż tego nie przetrawiłam, skoro tak znikąd pojawiają  się te mini scenki.
    Nawet nie ma się co cieszyć z tego cierpienia. W najmniejszym stopniu nie było miłosne. Może nauczyło mnie kilku rzeczy. Przypomniałam o tym sobie niedawno, gdy przeglądałam plik z wpisami z tego okresu. Wypisałam kilka niezłych punktów. Takich jak np. żadnego całowania na pierwszym spotkaniu. Z szacunku dla samej siebie. Nigdy więcej też nie zamierzam za kolesia płacić. Za siebie owszem, jak najbardziej. O tym płaceniu, to lepiej przestanę myśleć, wciąż się na to za siebie wściekam.
    Gdzie miałaby w tym wszystkim być miłość? Mam dość bycia samą.  Nie ma dnia, bym sobie nie wyobrażała scenariusza poznania Tej Osoby. Nie widzę twarzy. Nie wizualizuję sobie na jej miejscu jakiegoś aktora, czy celebryty. Skupiam się na swoich emocjach, gestach, nawet na reakcji otaczających nas ludzi.
    Chciałabym pokazać dziewczynom – A. i S., że pewne rzeczy można załatwiać bez pośredników. Jestem z dziewczynami w jakimś tłumie ludzi, moje spojrzenie krzyżuje się z Jego raz, drugi, trzeci. Najlepiej jeśli w tym samym momencie decydujemy się odejść od grup i podążamy w swoim kierunku. On rzuca coś niby-zabawnego – „co chciałaś?”, „o co chodzi”, albo coś, na co wpaść nie umiem, ja bez dystansu do siebie, zaczynam w siebie wątpić i mówię odchodząc, że „zawsze mogę udać, że szłam do toalety”, on łapie mnie za rękę. Może ta iskra, pojawiająca się w harlequinach przy pierwszym dotyku naprawdę istnieje? Chwilę rozmawiamy, wymieniamy się numerami. Wracamy do swoich znajomych. Po chwili on do mnie dzwoni upewniając się, że to na pewno ten numer. Miny koleżanek bezcenne. Ale najważniejsze to serce bijące jak szalone i szeroki uśmiech nie schodzący z twarzy do końca dnia.
    Miłość moją idée fixe.

2 komentarze:

  1. Teraz mało co jest pewne.. i jasne..
    Ślub na pewno nie daje gwarancji, że będzie się ze sobą już na zawsze.. Co tą gwarancję daje? Chyba tylko miłość, ale ta prawdziwa, ta, którą widać w oczach obojga partnerów.. ta, którą czuje się będąc w pobliżu tych dwojga..
    Sama czekam na spotkanie ze swoją drugą połówką, gdzie ona jest? dobre pytanie ;]
    PS. Sama czasami fotografuję jedzenie. Jakiś czas temu usmażyłam kotleta w kształcie serca, musiałam go uwiecznić hehe
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Co do zdolności kulinarnych to ja też nie mam do tego specjalnych zdolności. Albo żywność gotowana przeze mnie jest za zimna albo zbyt przypalona, te los "okrutny". Również chciałabym kogoś znaleźć tylko, że ja chcę odnaleźć bliską mi duszę, której nie znudzi się moja osoba i będzie ze mną pomimo wielu wad. Trudno w dzisiejszym świecie znaleźć taką bratnią duszę. Trzymaj się i pamiętaj, że może kiedyś ktoś taki znajdzie się nieoczekiwanie. Trzeba tylko cierpliwości, której czasem nam brak :)
    http://dziennik-ali.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Zapraszam!