sobota, 14 lutego 2015

Bella, to taka ja...

   Nie lubię walentynek. Ale to chyba nic niezwykłego do napisania przez singla? A miało być bez znaku zapytania. Jeszcze kilka lat temu toczyły się wszędzie dyskusje – czy to naprawdę święto zakochanych czy święto konsumenckich zapędów? Jeśli to drugie, to współczuję wszystkim parom, które się tego dnia zaręczyły. A może po prostu zazdroszczę. Zdecydowanie tak.   Stoję w miejscu. Jak się zmieniłam? Czy w ogóle coś we mnie się zmieniło? Poza oczywistościami związanymi z kwietniem ’13. Ani nie jestem bogata o żadne doświadczenia, ani nie mam więcej znajomych – ówcześni są tylko zastąpieni nowymi, bo ze starymi kontaktu się nie utrzymuje. Czy mi na tym zależy? W samotności się nie męczę, zajmuję się sama sobą – to w jaki sposób, jest godne pożałowania, ale przynajmniej znam siebie. A w obecności innych? Pilnowanie się, by czegoś głupiego nie palnąć, albo za bardzo nie podnieść głosu – a zauważyłam, że nawet to mi się w zwykłej rozmowie zdarza.   Umartwiam się dzisiaj. Sama w sobie z samą sobą. Wkurwia mnie wszystko, sama na siebie się wkurwiam. Jakby walentynki były czymś, czym naprawdę należy się przejmować. Przypomniało mi to o mojej „rysie na szkle”. Staram się o tym braku nie myśleć. I wszystkim, co się z tym wiąże. Brakiem bliskości, moim dziewictwem – które chyba mi zaczyna uwierać. Czyż nie jest to takie passe? Przecież raptem nie poznam, niczym bohaterka harlequina, świetnego partnera, który będzie mną zachwycony i postanowi mnie „zdobyć” innymi, starodawnymi sposobami, a potem się ze mną ożeni. Lepiej być realistką. Nawet jeśli to boli.   Myślę sobie, że będę jak ci bohaterowie mojej licencjackiej powieści – ludzie pozytywni, realiści, „pozytywni egoiści”, którzy w gruncie rzeczy okazują się beznadziejnymi idealistami. Zresztą czy w moim przypadku to tylko idealizm? Nawet gdybym chciała, to nawet z panem p. nie miałam żadnej okazji. Ja? Ha! Gdyby on chciał!   A gdybym tak sprzedała to zawadzające dziewictwo? No nie wiem czy byliby chętni na grubaskę. O czym ja myślę. Ale nawet wpisałam ten temat w Google, nic ciekawego nie wyskoczyło.   Obejrzałam dzisiaj „Sagę Zmierzch”. W oryginale, bez żadnych denerwujących napisów czy lektora. Ludzie mogą sobie mówić, co chcą. Mogą historię nagle wzbogaconej kasjerki marketu komentować „still better story than twilight”. Ja uparcie będę sobie uwielbiać i sagę i film. Bella jest chyba dziewczyną, z którą najbardziej mogę się utożsamić, ze wszystkich bohaterek literackich. Nawet z Elisabeth z „Dumy i uprzedzenia” miałabym kłopot. Mnie taki facet jak Darcy by peszył, jego komentarz o wyglądzie, zaraz po pierwszym spotkaniu by zranił. Tak zła i okrutna jak Kathy z „Wichrowych wzgórz” nie jestem. Nie mam też siły Scarlet z „Przeminęło z wiatrem”. A Bella? Bella trwa. Z trudem, ogromnym trudem, ale jakoś się dostosowuje, jakoś daje radę żyć z dnia na dzień. Nie potrzebuje ludzi, o wiele bardziej cieszy ją książka. W ostatniej części filmu, ustami Kristen Stewart mówi, że „przez całe swoje ludzkie życie nie czuła się bardziej żywa niż jako wampir”. Czyli już wtedy, gdy de facto była martwa. A ja? Czy ja się czuję żywa? Czy podchodzę do życia z ekscytacją? Czy codziennie wstaję z ciekawością? Może po prostu za dużo wymagam. Wampira pewnie nie spotkam, ale tak spotkać kogoś, kto mnie obudzi, kto sprawi, że będę prawdziwie żyła. I znów. Pewnie za dużo wymagam.   Im więcej o tym myślę, tym bardziej jestem przekonana, że Bella, to taka ja. Tylko szczuplejsza. Ah, ja schudłam. Ważę mniej o całe 5 kg. Powód do radości, prawda?   Zastanawiam się czy włączyć sobie „Loveless”, „Love stage!!”, jakieś inne anime czy jeszcze raz obejrzeć sobie fragmenty sagi? A może po prostu pójść spać?
Zasłuchana w płycie „Extranjera” Dulce Marii. 

4 komentarze:

  1. Nareszcie coś wyskrobałaś. A już się bałem, że będzie to kolejny porzucony blog.

    Nie warto poddawać się presji grupy. A tym bardziej nie warto pozbywać się dziewictwa, tylko dlatego, by nie odstawać od reszty. Oddanie go byle jakiej osobie po latach boli, zwłaszcza, gdy słyszy to osoba, która potrafiłaby je docenić. I to bardzo.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wpadłam na Twojego bloga przypadkiem, tak jak często dzieję się jak błądzę po internecie o 7:30 w niedziele. Przeczytałam jeden wpis, drugi, piąty, dziesiąty i nagle zorientowałam się że jest 10 godzina a ja nadal czytam. Czasem tak się dzieje, jak coś wejdzie człowiekowi do głowy. A Twoje słowa zrobiły coś jeszcze, weszły mi do serca. Mam wrażenie że jesteś tak niezwykłą osobą że teraz będę czytać Cię w ciemno, bo w momemcie w którym samemu zapomina się czym pisanie jest w życiu znalazłam Ciebie! Dziękuje.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja już się wyzbyłam tego uczucia w dniu 14.02, ale doskonale pamiętam na czym ono polega, więc rozsądnej zgrywać nie będę,
    Myśli Nieskrywane dobrze prawi, polać mu :-)

    OdpowiedzUsuń

Zapraszam!